Holandia: Haga – Rotterdam – dzień 2

Jak wiadomo… w lipcu 2012 roku byliśmy w Holandii i przez chwilę także w Belgii na wyprawie rowerowej. I jak wiadomo również opisałam póki co tylko jeden dzień z tego wyjazdu, moje lenistwo i spora ilość pracy sprawiły, że temat pisania został odsunięty na dalszy plan. Ale warto to w końcu nadrobić.
Kilka dni po tym jak pokazał się mój wcześniejszy wpis, 2 dzień opisał Maciek na swoim nieoficjalnym blogu, który jeszcze nie ujrzał światła dziennego.
Za jego zgodą publikuję jego słowa oraz kilka zdjęć z dnia drugiego.
Trasa Haga – Rotterdam.

Pierwszy dzień naszej wyprawy opisała już Agnieszka na swoim blogu. Przyszła jednak kolej żeby zająć się kolejnymi etapami naszej podróży.

Haga

Dzień rozpoczęliśmy od zobaczenia Madurodamu, czyli Holandii w miniaturce. Dzięki temu mieliśmy okazję przyjrzeć się dokładnie co czeka nas w ciągu najbliższych dni. Mimo, że Madurodam nie zajmuje jakiejś ogromnej powierzchni spędziliśmy tam z dwie godzinki. Pod koniec zwiedzania przypomnieliśmy sobie, że przy rowerach zostawiliśmy GPSa oraz połowę naszej gotówki. Szczęśliwie nic nam nie zabrano – wg. normy polskiej zakładaliśmy, że chociaż stracimy GPSa.

Następnie ruszaliśmy w stronę centrum Hagi. Co tu mówić – miasto zrobił na nas wrażenie. Niestety nie mieliśmy więcej czasu, więc przeszliśmy się tylko uliczkami i zjedliśmy frytki (bo czym jest zwiedzanie bez poznania miejscowych specjałów).

Na koniec wybraliśmy się do VVV żeby dowiedzieć się jak najprościej wyjechać z miasta – był to najtańszy (mapy kosztowały ok. 6 ojro) i najszybszy (Garmin pewnie by nas przeciągnął przez Lejdę) sposób wydostania się.

Delft

Delft okazało się jednym z najbardziej uroczych miast przez które przejeżdżaliśmy. Kanały przecinające miasto, śliczny rynek i jakiś taki spokój.

Przy rynku znaleźliśmy też bardzo przyjemny sklepik z serami (była możliwością degustacji z której skrzętnie skorzystaliśmy).

W Delft można też kupić porcelanę (kiedyś była to potęga w jej produkcji) oraz zwiedzić muzeum Jana Vermeera. Z obu opcji oczywiście nie skorzystaliśmy z powodów finansowych.

Rotterdam

Po przybyciu do Rotterdamu bardzo szybko udało nam się odnaleźć pole namiotowe. Bardzo szybko przekonaliśmy się, że ma ono jeden feler (i nie było to bliskość autostrady) – otóż pod piękną trawą znajdowały się hektolitry wody. Można powiedzieć, że było to pierwsza trawa jaką widziałem po której można było pływać.

Po chwili odpoczynku ruszyliśmy na miasto. Mnie osobiście Rotterdam rozczarował – był zbyt nowoczesny i jakoś nie pasował do Holandii. Czarę goryczy przelał straszny wiatr, który nas zmotywował do powrotu na pole namiotowe.

Cześć, używam plików Cookies

Używam informacji zapisanych za pomocą cookies i podobnych technologii m.in. w celach statystycznych oraz w celu dostosowania strony do użytkowników. W programie służącym do obsługi internetu można zmienić ustawienia dotyczące cookies. Korzystanie z mojej strony bez zmiany ustawień dotyczących cookies oznacza, że będą one zapisane w pamięci urządzenia.

Ok, rozumiem Zobacz więcej