Holandia: Pobyt w Antwerpii – dzień 3

Tak jak pisałam we wcześniejszym wpisie, dzień 3 naszego wyjazdu spędziliśmy pod znakiem zwiedzania Antwerpii. Podróż z Rotterdamu do Antwerpii była męcząca i skończyła się małą głodówką, ale tego dnia mogliśmy nadrobić zaległości z zakresu spania i jedzenia 🙂
Po przebudzeniu, okazało się, że rozbiliśmy się w miejscu dla samochodów campingowych, ale nikt nie robił nam z tego powodu problemów, wręcz przeciwnie – dzięki temu dookoła mogły rozbić się inne osoby z mniejszymi domkami (między innymi duszący się kaszlem anglik, który następnej nocy nie dawał nam spać).
Tak czy siak… ogarnęliśmy się, rowery przypięliśmy do drzewa obok namiotu i wyruszyliśmy na miasto.

Pierwszą atrakcją był wcześniej już opisywany tunel pod rzeką (Sint Annatunnel – tak się zwie tunel, nie rzeka). Bardzo fajna rzecz. Tym razem skorzystaliśmy ze starych, jeszcze drewnianych schodów ruchomych, które najpierw zwiozły nas na sam dół, po czym wywiozły po drugiej stronie na poziom ulicy. Będąc w tunelu usłyszeliśmy dziwny dźwięk, jakby ktoś śpiewał… Pierwsza myśl – pewnie podobnie jak u nas są osoby, które siedzą w ruchliwych miejscach i grają, aby zarobić na drobniejsze zakupy. Jednak dźwięk się przybliżał, stał się wyraźny i niesamowicie ładny. Okazało się, że to była 4-osobowa rodzinka z rowerami, która wykorzystała efekt echo w tunelu i śpiewała na cztery głosy.

I to był pierwszy pozytywny szok. Następnie po wyjściu z “rękawa” przed oczami pokazali się rowerzyści, ba wręcz profesjonalni kolarze na rowerach czasowych (time trial bicycles), które jak wiemy służą do jazdy po torze lub specjalnie przygotowanych trasach (zero dziur, szkła i innych niebezpiecznych elementów na drogach). A ci panowie poruszali się na nich po mieście w pełni profesjonalnym stroju. Tu kopara opadła nam po raz drugi 🙂
Mieliśmy z sobą mapkę Antwerpii (póki co na wszystkich polach materiały nt. miejscowości były wręcz wpychane do rąk wraz z pokwitowaniem za nocleg), która szybko nas poprowadziła do głównej części miasta – skupiska małych, wąskich uliczek tętniących życiem. Pierwszym punktem programu było śniadanie (połączone z kolacją dnia wcześniejszego). Nie było innego wyjścia, musieliśmy spróbować belgijskich frytek. Szybko znaleźliśmy bardzo klimatyczne miejsce gdzie frytki zajmowały 3/4 lokalu, na ścianach wisiały dyplomy zdobyte w konkurach kulinarnych. Były rewelacyjne, zupełnie inne niż u nas. Z pogodą mieliśmy pecha, co chwilę kapał deszcz. Powoli się do tego przyzwyczajaliśmy. Kilka uliczek dalej dotarliśmy do Groenplaats pełnego restauracji (kelnerzy bardzo natarczywie zapraszali do środka), hoteli, sklepów – szczególnie tych z belgijską czekoladą, której zapach unosił się dookoła. Trafiliśmy na fajny dzień, otwórz na jednym z placów między kamieniczkami odbywał się targ regionalny, gdzie można było spróbować wielu belgijskich specjałów, ale nie tylko. Wystawiali się tutaj również Polacy z wielkim grillem i piwem Tyskie (akurat na reklamę tego “piwa” wybrali sobie złe miejsce :D)

Na mapie mieliśmy kilka ważnych punktów do zobaczenia. Przede wszystkim dworzec kolejowy w Antwerpii. Z perspektywy polaka można pomyśleć “cóż takiego wyjątkowego jest w dworcu?”. Ten jest wyjątkowy. Zabytkowy, wybudowany w 1905 roku. Niesamowicie zadbany i rzucający się w oczy. Można go pomylić z hotelem lub pałacem. Z zewnątrz wydaje się bardzo duży i przestronny. Jednak wewnątrz jest przytulny i nieduży, ubarwiony wieloma ozdobami. Bywa nazywany Kolejową Katedrą. Łączy Antwerpię z wieloma belgijskimi miastami oraz licznymi stolicami Europy.

W pobliżu dworca spotkać można dużą ilość osób narodowości żydowskiej, szczególnie ortodoksów, których poznać można po charakterystycznych pejsach, czarnych ubraniach i kapeluszach. Ich obecność jest związana z ogromnym biznesem – diamentami. Ok. 80% światowej produkcji diamentów przechodzi przez Antwerpię. Ceny tej ekskluzywnej biżuterii na wystawach przyprawiały o zawał serca… na szczęście mnie do takich świecidełek nie ciągnie. Wolałabym nową korbę, sakwy, siodełko lub kartę graficzną z tematów bardziej komputerowych…

Na wschód od dworca znajduje się bardzo znana ulica handlowa De Meir. Jest to sklepowe serce tego miasta. Masa galerii, sklepów większych i mniejszych marek. Masa ludzi, reklam, transparentów. Skojarzyła mi się z łódzką ulicą Piotrkowską w czasach jej świetności. Obowiązuje tutaj tylko ruch pieszy, ewentualnie rowerowy, choć jazda w tłumie turystów nie należy do najłatwiejszych. W chwili przerwy spróbowaliśmy belgijskich gofrów – były niesamowicie dobre, z polewa czekoladową, nawet na zimno. Jedząc deser przyglądaliśmy się całej ulicy, nagle naszą uwagę przykuł rowerzysta – otóż chłopak tradycyjnie ubrany w t-shirt, jeansy, przeciwdeszczówkę jechał środkiem deptaka na rowerze time trial marki BMC (bardzo podobnym do tego). O cenie tego cacka i niemożliwości zakupienia go w Polsce wolałam w tamtej chwili nie myśleć.  Nie mogłam od tego oderwać oczu, żałuję że nie zdążyłam zrobić mu fotki 😉
Kawałek przecznicy dalej znajdował się sklep, do którego koniecznie musiałam wejść. Aż dziwne, że niczego nie kupiłam. Był to duży, dwupiętrowy sklep Walta Disneya. Niektóre dzieci wychodziły stamtąd z płaczem lub krzykiem, ja się powstrzymałam 😀

Po zwiedzaniu w końcu poszliśmy napić się czegoś dobrego, czyli belgijskiego piwa, w belgijskiej knajpce. Złapał nas deszcz (znowu!) więc nie szukaliśmy zbyt długo miejscówki, weszliśmy do pubu, który był najbliżej i była to bardzo dobra niepodświadoma decyzja. Pub powstał w 1975 roku i w tamtych czasach się zatrzymał. Widać było po fotografiach, że bardzo niewiele się tam zmieniło. Ta sama Pani za barem, ta sama kasa i tapeta na ścianach. Z krajów do wyboru tradycyjne pilsy, piwa ciemne oraz owocowe gueuze.

Ok, zapoznaliśmy się nieco z belgijskim światem. Przed powrotem na camping zrobiliśmy jeszcze zapasy na wieczór (piwko belgijskie również znalazło się na liście zakupów) oraz wrzuciliśmy do koszyka nieco kalorii na następny dzień, żeby mieć siłę na “dokręcenie” do Eindhoven w Holandii. Galeria handlowa bardzo przypominała naszą Galerię Łódzką, czy z tej samej serii Galerię Krakowską, jednak była między nimi jedna drobna różnica. W Belgii można wejść do tego typu miejsca z psem. Przez chwilę patrzyłam uważnie na jednego Goldena czy czasami nie jest “asystem”, ale nie był. Tradycyjny psiak, czterołapny na zakupach ze swoim “panem”.

Coś mówiłam o panach na rowerkach czasowych? O, tych spotkaliśmy przy tunelu:
timetrialwantwerpii
Powróciliśmy na pole namiotowe gdzie podczas naszej nieobecności zjechało się bardzo dużo nowych “sąsiadów”, ten koszmarnie kaszlący niestety w dalszym ciągu mieszkał namiot obok i sukcesywnie przerywał nam sen przez całą noc.

Fotka w tle wpisu: flickriver

Cześć, używam plików Cookies

Używam informacji zapisanych za pomocą cookies i podobnych technologii m.in. w celach statystycznych oraz w celu dostosowania strony do użytkowników. W programie służącym do obsługi internetu można zmienić ustawienia dotyczące cookies. Korzystanie z mojej strony bez zmiany ustawień dotyczących cookies oznacza, że będą one zapisane w pamięci urządzenia.

Ok, rozumiem Zobacz więcej