Holandia: Rotterdam – Antwerpia – dzień 3

Jest dzień 3 naszego wypadu. Jesteśmy w Rotterdamie.
O godzinie 6 rano budzi mnie głośny odgłos deszczu, który odbija się od tropiku naszego M-1. Ten sam odgłos przy, którym zasnęliśmy kilka godzin wcześniej. Padało ponad 11 godzin bez przerwy. Chodzenie po polu namiotowym było możliwe tylko z sandałach, w innym razie buty SPD po chwili byłyby całkowicie zamoczone. Po wysuszeniu rowerów (oraz lampek, które cudem przeżyły nocną ulewę) oraz namiotu powoli zbieramy się do wyruszenia.

Do centrum Rotterdamu mamy kilka konkretnych kilometrów, droga ciągnie się przez przedmieście i położone z tej strony miasta parki. Przebijamy się przez ogromny kanał łączący wielkie porty z otwartym morzem. Wiatr na moście był niesamowicie silny, jeszcze troszkę i jazda w dół skończyłaby się bardzo nieszczęśliwie (pomimo dużego obciążenia roweru sakwami, wiatr podrywa mi przód roweru do góry, tracą panowanie nad jednośladem, ale na szczęście udaje mi się uniknąć wywrotki – droga rowerowa była oddzielona od jezdni jedynie małym krawężnikiem). Już wiem dlaczego Holendrzy jeżdżą na ciężkich, stalowych mieszczuchach 🙂

Jedziemy na południe do części miasta gdzie znajduje się stadion Feyenoordu Rotterdam. Maciek koniecznie chciał w trakcie naszej wyprawy zobaczyć wszystkie możliwe stadiony (footballowy świr).

Przed wyjechaniem z miasta znów skorzystaliśmy z usług VVV – informacji turystycznej. Uzyskaliśmy bardzo dokładne informacje na temat kierunku i możliwości wyjazdu z Rotterdamu. Tutaj również okazało się, że nasza podróż dla holendrów jest czymś niewyobrażalnym. Powiedzieliśmy pracownikowi VVV, że właśnie jedziemy do Antwerpii, zasugerował nam, którą autostrada możemy dojechać najszybciej, ale na sygnał, że jedziemy tam nie samochodem a na rowerach jego oczy nagle powiększyły się mniej więcej o 50% i cichym głosem skomentował, że jest to ponad 120 km skąd….

Także bez problemu opuściliśmy Rotterdam. Kierowaliśmy się na południe w stronę miejscowości Willemstad. Tego dnia było dość chłodno, ale mimo to przyjemnie nam się jechało, choć ani na chwilę nie można było sobie pozwolić na nie-pedałowanie – uroki płaskich terenów.

Kiedy już byliśmy większy kawałek trasy za Rotterdamem przed nami skończyła się droga rowerowa, a ukazała dziwna metalowo-szklana konstrukcja. Nacisnęliśmy przycisk – z poziomu niżej przyjechała winda, rowerowa winda, która po kilka sekundach zwiozła nas niżej. Kiedy wysiedliśmy przed nami ukazał się tunel dla rowerzystów i osób pieszych pod kanałem. Szok, jest to przejazd, z którego korzysta może 20 osób dziennie. Mimo to Holendrzy zamiast kładki / pomostu woleli wybudować taką konstrukcję…

Tunel był niesamowity. Był to jeden z tym elementów w infrastrukturze rowerowej Holandii, który bardzo mocno wbił się w pamięć.

Kilka kilometrów dalej mieliśmy okazję skorzystać z mostu zarówno dla rowerów jak i dla samochodów – było to połączenie autostrady, tradycyjnej drogi z pasem dla rowerów oraz kanału dla barek i tankowców. Tuż nad Knooppunt Hellegatsplein (to zdjęcie pokazuje jak wygląda to “skrzyżowanie”) rozpętała się straszna ulewa (ściana wody), trwała może 5 minut, ale to wystarczyło aby kompletnie zmoknąć do ostatniej suchej nitki, nie było czasu ani miejsca na wyciągnięcie kurtek (most akurat otworzył się i należało ruszyć na 2 biegu podobnie jak samochody stojące obok). Za zjazdem z rozwidlenia pogoda zmieniła się o 180 st, wyszło słońce i zrobiło się ciepło, więc był to dobry moment na chwilę przerwy i osuszenie się.

Straciliśmy nieco czasu przez przymusowy postój na suszenie obrań, dlatego musieliśmy mocniej depnąć. Szybko dotarliśmy do niewielkiej miejscowości Roosendaal. Na przedmieściach mijaliśmy supermarkety, kompleksy hal produkcyjnych. Centrum było bardzo stylowe, przypominało połączenie naszego Wrocławia z Krakowem, Ładny rynek, masa kamieniczek. Ale… było tam właściwie pusto. Wszystko pozamykane, niewielka ilość osób na mieście… Wydawało się, że miasteczko wymarło. Był to piątek godzina popołudniowa. O tej porze większość osób już odpoczywa w domach po kilkugodzinnym dniu w pracy.

Najbardziej urzekł nas tutaj parking rowerowy pod dworcem kolejowym… sami zobaczcie na poniższym zdjęciu.

Kilka kilometrów przed granicą zmieniło się dosłownie wszystko. Rodzaj zabudowy, w oknach wisiały firanki (bardzo rzadko spotykane w głębi Holandii), droga rowerowa była dużo węższa, z kostki, która nie dawała odpocząć naszym siedzeniom. Samo przejście graniczne mogę opisać jako znak “Belgie”, który został ustawiony w czyimś ogródku 🙂 Po jej przekroczeniu wpadliśmy w trójkąt Bermudzki, GPS zaczął świrować, w sumie dwa razy zrobiliśmy to samo kółko próbując wydostać się na drogę kierującą na Antwerpię. Nie było to zbyt przyjemne szczególnie, że na zegarze mieliśmy godzinę 18 z okładem, a przed sobą ok. 30 kilometrów po nieznanym lądzie z wariującym GPSem…

Chwilę później udało się, jedziemy dobrą drogą. O pomoc nie było co pytać, w tej części Belgii ciężko jest dogadać się po angielsku, tym bardziej z osobami starszymi, które stanowiły większość.
Mijaliśmy po drodze kilka miasteczek, to co było dla nich charakterystyczne, to to, że były identyczne. Te same domki, kościoły zamknięte w tej samej bryle, różniące się tylko tarczą zegara na głównej wieży, te same ulice, chodniki… Było to naprawdę dziwne uczucie jadąc tamtędy.

Bardzo się ucieszyliśmy, kiedy w końcu przekroczyliśmy granicę miasta Antwerpia, wiedzieliśmy że jeszcze troszkę i będziemy mogli w końcu odpocząć, zjeść jakiś sensowny obiad po całym dniu.
Wjazd do Antwerpii ciągnął się w nieskończoność, jechaliśmy szarymi, ponurymi częściami wielkiego starego poru przemysłowe, który aż strasznych swoim wyglądem. Troszkę mnie to zniechęciło, ale miało też swój urok. Kiedy przebiliśmy się przez tą część, dotarliśmy do mieszkalnej części miasta położonej nad rzeką Schelde.
GPS wskazywał, że do campingu (de Molen) mamy zaledwie 2 km i karze nam skręcić w prawo. Rozglądamy się, po prawej stronie nie ma nic poza rzeką, wpław jeszcze nie płynęłam z rowerem i sakwami 🙂 Nie ma wyjścia, pytamy się o drogę joggingowców. I owszem jest sposób na przemieszczenie się na drugi brzeg. Minęliśmy go nieświadomie. Dziewczyna, której przerwaliśmy wieczorny trening radzi nam troszkę się cofnąć i szukać budynku o dziwnym kształcie wciśniętym nieco wgłąb miasta.

Nie minęło kilka minut – znaleźliśmy. Rzeczywiście budowla wyróżniała się na tle innych, szczególnie wejściem, które składało się albo z windy dla osób z większym bagażem, na wózkach, a także rowerzystów, albo ze schodów ruchomych dla pieszych.
Z racji bagażu skorzystaliśmy z windy, zwiozła nas ona do korytarza głównego tunelu położonego pod rzeką Schelde. Tunel ma łączną długość 572 metrów i łączy centrum miasta z częścią mieszkalną, gdzie przeważały domki wielorodzinne a nawet bloki.
W windzie jechał z nami inny Pan z rowerem, który z zainteresowaniem wypytywał się skąd jesteśmy i dokąd jedziemy. Po naszym doświadczeniu mogę powiedzieć, że Belgowie to bardzo sympatyczni i pomocni ludzie. W tunelu obowiązuje zakaz jazdy na rowerze, ale o godzinie 21.00 właściwie nikt tego nie przestrzegał, szczególnie osoby na szosówkach. Również my, byliśmy tak padnięci, że wizja spaceru osłabiała nas jeszcze bardziej.
Chwilę później byliśmy już na Campingu. Co prawda recepcja otwarta była tylko do godziny 20.00, ale ochrona powiedziała, że bez problemu możemy rozbić się teraz a spawy papierkowe załatwimy jak się wyśpimy. Rozstawiliśmy namiot, troszkę się ożywiliśmy i postanowiliśmy pójść na miasto po drugiej stronie tunelu, ale jak na złość w tej samej chwili kiedy napłynęła nam chęć, napłynął także deszcz. Zdążyłam tylko zapiąć rowery obok namiotu i wskoczyć do środka. Tym sposobem nie mieliśmy tego dnia ani obiadu ani kolacji i musieliśmy przeżyć do rana na jednej tabliczce mlecznej czekolady i kilku kawałkach pieczywa chrupkiego (tekturze). Odbijemy sobie to rano, ponieważ 4 dzień spędzimy tutaj w Antwerpii. Zwiedzimy diamentową stolicę Belgii, napijemy się pysznego (najlepszego na świecie) belgijskiego piwa, zjemy więcej frytek niż potrafimy. Z tą myślą szybko zasypiamy…

Trasa na Strava.com:

Cześć, używam plików Cookies

Używam informacji zapisanych za pomocą cookies i podobnych technologii m.in. w celach statystycznych oraz w celu dostosowania strony do użytkowników. W programie służącym do obsługi internetu można zmienić ustawienia dotyczące cookies. Korzystanie z mojej strony bez zmiany ustawień dotyczących cookies oznacza, że będą one zapisane w pamięci urządzenia.

Ok, rozumiem Zobacz więcej