Rowerowe kocie oko

Ok, powróciłam do żywych. Zapracowanych żywych, ale to już temat na inny post 😉
W każdym razie poukładało się kilka spraw, każdy dzień teraz jest dość podobny, ale w miarę zaplanowany dzięki czemu mogę w końcu usiąść nad własnym blogiem i zanudzić kilka osób kolejną wypociną 😛

Wracając…
Chciałabym się podzielić moimi uwagami na temat lampek rowerowych, które posiadam od ponad roku. I które od jakiegoś czasu darzę ogromnym sentymentem. Otóż mój rower uzbrojony jest w zestaw lampek firmy Cateye. Dokładnie jest to model Cateye HL-EL135N – lampka przednia, Cateye TL-LD150-R – światełko tylne. Nie były tanie, co troszkę na początku zabolało mój portfel. Jednak po ostatnich bardziej wymagających wyjazdach bardzo je doceniłam.


Najważniejszy i najbardziej hardcore’owy test przeżyły w Holandii i Belgii – na naszym ostatnim dłuższym wyjeździe, który miał miejsce w lipcu minionego roku. Pomimo pory letniej w Holandii nie jest ani zbyt gorąco, ani tym bardziej zbyt sucho. Padało w zasadzie codziennie, nawet po kilka godzin (szczególnie w nocy). Kiedy byliśmy w Rotterdamie wieczorem kręciliśmy ile sił w nogach, aby nie zmoknąć aż tak i w miarę szybko dotrzeć na camping. W pośpiechu rowery położyliśmy obok namiotu, spięliśmy je U-lockiem. Szybko wskoczyliśmy do naszego M-1 i zasnęliśmy ok 22.00 przy odgłosach ulewy, która odbijała się o tropik.
Ok godziny 6 rano obudziło mnie nic innego jak deszcz – ciągle ten sam, padało przez całą noc bez przerwy. Pierwsza moja myśl “biedne namoknięte rowery”, ale po chwili oświeciło mnie, że na półce nad moją głową nie ma lampek rowerowych. Z góry uznałam, że już po nich. Nie ma szans, żeby lampka rowerowa przeżyła w takich warunkach.

Trzy godziny później pogoda się uspokoiła, przestało padać, nawet wyszło słońce. 11 godzin ciągłego deszczu sprawiły, że pole namiotowe zamieniło się w torfowisko. Niby niepozorna zielona trawa skoszona z użyciem linijki, ale kiedy się na nią weszło – noga zapadała się po kostkę w wodzie. Rowery wystawiliśmy na słońce, namiot również. Nie myśląc zbyt długo wzięłam tylną lampkę do ręki i włączyłam ją. Nie powinnam tego robić chwilę po deszczu, powinna jeszcze przeschnąć – to mogło dobić ją do końca. Ale ku mojemu zdziwieniu zamrugała do mnie czerwonym światełkiem. Byliśmy w szoku, że nic, ale zupełnie nic im się nie stało. Maćka lampka była w gorszej sytuacji – kiedyś miała bliskie spotkanie z jezdnią i górna obudowa nieco się ułamała – zaklejona została taśmą izolacyjną. Nawet jej nic się nie stało.
Wniosek? Cateye, tylko Cateye 🙂 Szczerze polecam.

Cześć, używam plików Cookies

Używam informacji zapisanych za pomocą cookies i podobnych technologii m.in. w celach statystycznych oraz w celu dostosowania strony do użytkowników. W programie służącym do obsługi internetu można zmienić ustawienia dotyczące cookies. Korzystanie z mojej strony bez zmiany ustawień dotyczących cookies oznacza, że będą one zapisane w pamięci urządzenia.

Ok, rozumiem Zobacz więcej