Holandia: Antwerpia – Veldhoven – dzień 4

Po bardzo przyjemnym dniu 3-cim naszego wyjazdu, który spędziliśmy w Antwerpii – objadając się, opijając i regenerując, nadszedł kolejny dzień wyprawy. Tego dnia musieliśmy już spakować nasze rzeczy, nasz domek i ruszyć dalej. Przed nami według pierwotnych planów, była miejscowość Eindhoven. Jednak jak wiadomo, w trakcie jazdy wiele rzeczy może się zmienić. Naszym ostatecznym celem stał się Veldhoven, położony na południowy zachód od Eindhoven.

Niemalże do samej granicy belgijsko-holenderskiej jechaliśmy bez większych przerw. Mieliśmy parę w nogach i nie czuliśmy potrzeby postojów. Dopiero później urodziło się ssanie: głód i pragnienie. Na pierwszy nieco dłuższy postój wybraliśmy dużą smażalnie frytek, która znajdowała się przy jednej z głównych dróg. Widniał nad nią napis “najlepsze frytki w Belgii”, nie ukrywam – przekonało nas to. Choć skośnoocy właściciele już nieco mniej przemawiali do nas belgijskim charakterem. Wzięliśmy dużą porcję. Ta w porównaniu z wcześniejszymi, które mieliśmy okazję jeść – była ogromna. Daliśmy radę zjeść tylko połowę “frytkowego korytka”. Prowiant spakowaliśmy do sakwy, ruszyliśmy dalej. W trakcie jazdy nieco pomyliły nam się kierunki. Chcieliśmy przejechać przez Westmalle (ta nazwa od razu kojarzyła się z przepysznym piwem Trapistów), ale niestety – w którymś momencie źle odbiliśmy i GPS pokierował nas na Brecht. Garmin miał akurat wtedy w opcjach ustawione, że ma wybierać najszybszą drogę dotarcia. Nie mylił się, tego dnia bardzo szybko dotarliśmy na metę.

Kolejny przystanek zrobiliśmy sobie kilka kilometrów przed granicą. Znów skończyły nam się napoje i szukaliśmy sklepu. Belgowie szaleją na punkcie kilku rzeczy, poza frytkami, czekoladą, brylantami, rowerami… uwielbiają też automaty. Różnego typu – sprzedające kanapki, napoje, produkty higieniczne, baterie AA, etc. Spotkać je można niemalże wszędzie. Na jeden z większych automatów natrafiliśmy przed granicą.  Kiedy w oddali zobaczyliśmy logo marketu SPAR, myśleliśmy już tylko o sklepie, w którym kupimy wodę mineralną. Ale z bliska okazało się, że jest to wielki automat. Taki sklep “Żabki” zamknięty w wielkim pudle, do którego wrzuca się monetę. Tym sposobem za śmieszne eurocenty kupiliśmy kaloryczną Colę 🙂

Nie wiem czemu, ale lepiej czułam się w Holandii. Już chwilę po minięciu znaku granicznego “Nederland” lżej mi się jechało. Jest szansa, że to za sprawą dróg rowerowych, które w NL są o wiele lepszej jakości. Są szersze, gładsze (co w przypadku roweru na oponach szosowych ma ogromne znaczenie) i nie zawsze położone są wzdłuż głównych dróg, a stanowią odrębną infrastrukturę.

Veldhoven położone jest zaledwie 25 km od granicy. Nie potrzebowaliśmy zbyt wiele czasu na to aby tam dotrzeć. Miejsce to stanowi rozległe i przyrodniczo ładnie położone przedmieście Eindhoven.  Po kilku wskazówkach od “tubylców” dotarliśmy na pole namiotowe. Okazało się, że jest to najbardziej luksusowy camping (Cambiance ‘t Witven) na jaki do tej pory trafiliśmy. Nie żal nam było ani jednego eurocenta. Jezioro z plażą, place zabaw dla dzieci, ładne i ciepłe łazienki z dostępem do prądu i środków czystości. Kuchnia polowa oraz pralnia. Boiska sportowe, restauracja i dobrze wyposażony w piwa bar. A gdzieś między namiotami kicające dzikie króliki, które oczekują na małe “co nieco”. Dodatkowym plusem dotarcia do tej części Holandii była pogoda. Z daleka od wybrzeża nie dokuczał nam już deszcz oraz porywisty wiatr wiejący prosto w papę, który za każdym razem spowalniał nas o nawet 10 km/h. Wyszło słońce położyliśmy się przed namiotem i ogrzaliśmy nieco zmęczone mięśnie.

Wcześniej, po odświeżeniu się poszliśmy na uzupełnienie płynów z dodatkiem chmielu. W restauracji zagadał do nas jeden z holendrów spędzający tutaj urlop. Po chwili rozmowy zapytał skąd jesteśmy. Z Czech? Z Niemiec? Nie. Kiedy usłyszał, że z Polski spoważniał i nieco się skrzywił. Dodał jeszcze jedno pomocnicze pytanie. Jesteście turystycznie czy szukacie pracy? Turystycznie. Słychać było, że od razu głos mu się rozweselił i rozpoczął dłuższą, żywszą rozmowę. Zachęcał nas również na wódkę w jego namiotowym obozie, ale grzecznie podziękowaliśmy. Następnego dnia czekało nas kolejne kręcenie (ponad 100 km), a biorąc pod uwagę moją słabą głowę – spałabym kolejną dobę, a na to nie mogliśmy sobie pozwolić.

Żal mi się zrobiło frytek, które ostygły i zwiedziły kawałek kraju. Zjadłam połowę i odpłynęłam.

Cześć, używam plików Cookies

Używam informacji zapisanych za pomocą cookies i podobnych technologii m.in. w celach statystycznych oraz w celu dostosowania strony do użytkowników. W programie służącym do obsługi internetu można zmienić ustawienia dotyczące cookies. Korzystanie z mojej strony bez zmiany ustawień dotyczących cookies oznacza, że będą one zapisane w pamięci urządzenia.

Ok, rozumiem Zobacz więcej