Mój hejt na hejt!

Moja niechęć do częstszego publicznego wypowiadania się pojawiała się kilka dłuższych lat temu. Wtedy byłam mniej zaawansowanym designerem i szukałam porad oraz inspiracji na różnych portalach społecznościowych i forach. Bardzo szybko zauważyłam, że nawet pod tymi najlepszymi pracami pojawiały się bardzo nieprzyjemne wypowiedzi, które prowadziły do mocnych wymian zdań i wrzucania mięsem. Szybciutko przesiadłam się na serwisy zagraniczne gdzie spotkałam się z dużo cieplejszym dyskusjami i poradami. Oczywiście nie chcę wieszać psów tylko na polskich internautach, bo nigdzie w internecie nie jest idealnie. Jednak różnica między poziomem empatii była dla mnie mocno odczuwalna.

Z tego powodu od dłuższego czasu trzymam się z daleka od for dyskusyjnych, dyskusji w komentarzach pod artykułami w cyfrowych gazetach, a nawet potoku komentarzy do postów na social media. Odrzuca mnie kiedy pod najprostszym, przyjemnym, lekkim tematem pojawia się fala jadu, hejtu, przemądrzania, wpychania innym do gardeł swoich przekonań i poglądów. W większości przypadków są to wyprowadzi osób, które o komentowanym temacie nie wiedzą nic lub tylko tyle ile dostarczyła im Wikipedia.

Tematów gdzie “profesjonalista” z 30 minutowym doświadczeniem udziela wypowiedzi lub karci autora za odmienność, czy też znalezienie się w niecodziennej sytuacji jest cała masa. Od wymiany żarówki po loty w kosmos…

W ciągu kilku ostatnich dni był szczególnie jeden wątek, który śledziłam z zapartym tchem. Każdemu znany temat dramatu jaki rozegrał się z Nanga Parbat… Nie jestem specjalistą himalaizmu, po prostu lubię góry. Te niższe i raczej bez śniegu. Ale góry to góry. Mają w sobie magnez. O sytuacji ma Nanga newsy pojawiały się co kilka minut, ciągle odświeżałam kanały informacyjne. Trzymałam kciuki aby to wszystko nie skończyło się jeszcze gorzej. Kiedy ze względu na przerwę w dopływie bezpośrednich wiadomości spod Śmiercionośnej Góry trwała cisza – wykorzystywały ją media i osoby interpretuje i oceniające każdy ruch ekipy ratunkowej. Oczy mnie bolały i wciąż bolą jak tylko na te wątki trafiam. Mogłabym przytoczyć ich ogromną ilość. Jednak nie będę tego robić, nie chce utrwalać ludzkiej głupoty. Wypowiedzi, które bezpośrednio uderzały w tych tam, na górze, w przeraźliwym zimnie, w nieludzkich warunkach, w których tylko ci najtrwalsi i najlepsi wiedzą jak przetrwać, choć nie zawsze jest im to pisane, te wypowiedzi nie powinny w ogóle mieć miejsca. Nasze wewnętrzne “a ja uważam, że… ” powinno się zamknąć! Niestety, nie każdy z komentujących miał na tyle oleju w głowie… Z pozycji kanapowca, mieszczucha lub zdobywcy Morskiego Oka nie wiemy nic. Zupełnie nic o procedurach, o przygotowaniach do misji, o przygotowaniu swojego ciała do pracy w tak hardcore’owych warunkach. Nie będąc częścią tej górskiej społeczności nie zrozumiemy ich wyborów, ich pasji, ich sposobu na życie. Szczególnie, że życie jest dla nich najwyższą ceną osiągnięć i przekraczania własnych granic. Nie możemy i nie jesteśmy powołani do oceniania takich sytuacji jak na Nanga Parbat. Jeżeli już jednak coś nam ślina na język nanosi… Nie wylewajmy jadu i swoich widzimisie publicznie! Weźmy pod uwagę uczucia innych, którzy widzą te teksty – rodzinę, przyjaciół, górskich kolegów, którym te wypowiedzi wbijają dodatkową szpilę.

Ekipie ratunkowej należą się ogromne brawa za szybką reakcję, szybką decyzję i wspin w rekordowym czasie. Miło, że byli to Polacy, ale gdyby była to grupa innej narodowości – podziw i uznanie byłoby na tym samym, wysokim poziomie. Cudownie, że Eli zdołała przeżyć dzięki tym działaniom i jak przyjdzie czas opowie / napisze swoją historię ataku na Nanga Parbat. Tym razem ponoć udanego. Mam nadzieję, że udało się jej i Tomkowi uwiecznić w jakiś sposób zdobycie szczytu i niedługo będzie można zobaczyć nagranie lub ich wspólne zdjęcie wykonane na 8126 m n.p.m. Owszem, na pewno kilka czynników zawiodło. Kilka sytuacji nie zostało wziętych pod uwagę… Nie mi to oceniać.

Tomasz Mackiewicz
Foto by http://fakty.interia.pl/embed-galerie/kraj/zdjecie,iId,2461691,iAId,282314,nId,2515324

Oczywiście ściska mnie w dołku jak tylko pomyślę, że Tomek Mackiewicz po zdobyciu szczytu Nanga Parbat nie może podzielić się sukcesem i pasją ze swoimi dziećmi i żoną. Nie może zaplanować kolejnej wyprawy… Strasznie mi przykro z powodu ich straty. Jak powiedział kiedyś Tomek “człowiek jest tymczasowy”. Miał w tym bardzo dużo racji.