Belgrad – to nie są klimaty dla każdego

Każdy wyjazd na WordComp Europe związany jest z mniejszą lub większą podróżą po Europie. Dwa lata temu z okazji tego eventu bardzo dokładnie zwiedziliśmy Wiedeń. Piękne, urokliwe miasto wręcz przepełnione zabytkami i historią. Zeszłoroczny #WCEU odbył się w Paryżu. Nie wybraliśmy się tam ze względu na atmosferę jaka panowała we Francji po przerażających wydarzeniach związanych z terroryzmem. Ten rok jest już inny, na wypad na WordCamp Europe 2018 zdecydowaliśmy się właściwie od razu. Podróż do Belgradu okazała się być łatwo dostępna, szybka i stosunkowo niedroga. Serbska waluta również dla nas ma sporo pozytywnych stron.

W Belgradzie spędziliśmy niecałe 5 dni. Jaka była nasza reakcja po wylądowaniu? “To Polska sprzed ok 20 lat”, powtarzam to w kółko, bo tak jest. Z tą różnicą, że teraz niemalże każdy korzysta z internetu w smartphone’ie, w sklepach może dostać to co się chce i wszędzie na budynkach widać kapiące klimatyzatory. Czy mimo pewnych udogodnień XXI wieku będę chciała tutaj wrócić? Hmm…. chyba nie. A na pewno nie w ciągu najbliższych 10 lat.

Nasze wymagania tutaj nie były duże, musieliśmy coś zjeść, przemieścić się między kwaterą, centrum i miejscem konferencyjnym za pomocą komunikacji miejskiej i pokręcić się w celu zobaczenia jak największej ilości miejsc. Z jedzeniem większego problemu nie  było, choć restauracja która dorzuca do rachunku nadprogramowe produkty, których się nie spożyło nie zachęca od powrotu i pozostawia we wspomnieniach dodatkowy ujemny punkt.

Belgrad – to miejsce można kochać albo nienawidzić

Komunikacja miejska – tu już było bardziej kolorowo. Pamiętacie stare autobusy Ikarus lub Jelcz? Tutaj znów możecie z nich skorzystać. Pozostawiają po sobie chmurę ciemnego dymu a przy ich obecności nie idzie rozmawiać. Na przystankach jest tylko informacja o numerach autobusów i tramwajów, ale nie ma żadnego rozkładu. Jak autobus przyjedzie to będzie i może nieoczekiwania zmienić trasę. Ile ta zabawa kosztuje? 5 dniowy bilet na wszystkie środki lokomocji w mieście kosztuje w przeliczeniu na złotówki – 36 zł. Czy jest opłacalna cena? Jak się okazuje, w Łodzi ceny za taki okres są zbliżone i mogę szczerze powiedzieć, że jakość jest o wiele wyższa niż w Belgradzie. W Warszawie jako stolicy jest drożej, jednak znów – jakość jest nieporównywalna. Do korzystania z usług komunikacyjnych zniechęcił mnie nie tylko stan pojazdów, ale również sami mieszkańcy Belgradu. Na jednej trasie, chcieliśmy kulturalnie skasować bilet. Jedna z pasażerek zapytała po co to robimy… Przecież nie warto płacić za tak koszmarną usługę… Cóż, czy można w takim razie wymagać aby komfort podróży po mieście uległ zmianie na plus jeżeli nie tylko turyści nie płacą za przejazdy, ale także osoby, które na co dzień są głównymi klientami firmy przewozowej? Jadąc na lotnisko ostatniego dnia trafiliśmy na kontrolę biletów. Wyglądało to tak, że do autobusu wpadła Pani kontroler, kasowniki zostały zablokowane i na ich wyświetlaczach pojawił się komunikat o kontroli. Pani jednak w autobusie spotkała swoją koleżankę, intensywnie się z nią zagadała, po czym wysiadła na kolejnym przystanku.
Może kiedyś i mieszkańcy i przewoźnik wyciągną z tego jakieś wnioski.

Stan miasta daje dużo do życzenia. Niemalże wszędzie można odczuć, że jeszcze niedawno na terenie byłej Jugosławii miały miejsce działania militarne. Historia dała Serbii mocno w kość i w dalszym ciągu daleko jej (z perspektywy Belgradu) do innych miast bałkańskich. Smutno wyglądają mniejsze ulice, podwórka po których hasają koty, wiele budynków stosunkowo nowych nie zostało ukończonych – ich inwestycja padła w trakcie, teraz ich szkielety straszą nad ulicami. Wszędzie widać udział ulicznych artystów – “graffiti”, brzydkie napisy są na każdym murku, ścianie, słupie… Odstraszają wyrzucane byle gdzie odpady i nieprzyjemny zapach.

Belgrad słynie z nocnego życia – i tu absolutnie potwierdzam. Miasto ok północy tonie w ludziach, wszędzie w centrum słychać muzykę i imprezujące grupy. Mnie ten klimat akurat nie pochłonął, nie jest to coś co podczas wyjazdów miałoby dla mnie jakiekolwiek znaczenie. Ale wiem, że nie jednej osobie to akurat się spodoba.

Aby nie zniechęcać Was do Belgradu aż tak bardzo, muszę pochwalić tutejszych mieszkańców za znajomość języka angielskiego, nigdzie nie mieliśmy problemu aby się dogadać czy zapytać o drogę, nawet starsze osoby mniej więcej wiedziały o co pytamy i były w stanie nam pomóc. Poza tym polecić mogę też serbską kuchnię – spróbowaliśmy kilka potraw i były naprawdę smaczne. Ale uważajcie na napoje…
Po pierwszym dniu pobytu kiedy do kawy dostaliśmy dzbanek wody nie było ze mną zbyt dobrze pod względem zdrowotnym, ponieważ tutejsza woda w kranie jest mocno chlorowana. U nas już nie stosuje się takich stężeń, dlatego mój organizm nie mógł sobie poradzić z tą zmianą. Specjalnie trzymałam się później z daleka od herbat i kaw, które nie były przygotowywane na wodzie mineralnej. Osoby, wrażliwe pod tym względem jak ja – powinny uważać.

Zabytków i tym samym atrakcji w Belgradzie nie znajdziecie zbyt wiele. Głównymi są pozostałości rzymskiej warowni Kalemegdan, forteca z czasów Imperium Osmańskiego, cerkiew św. Marka, cerkiew św. Sawy, Muzeum Narodowe, meczet Bajrakli z XVII w. Położone są w niewielkiej odległości, także można je zobaczyć przy okazji jednego spaceru. Zagłębiem restauracji i pubów jest ulica Knez-Mihailova i uliczki przyległe.

To jak wygląda i jaki klimat posiada stolica Serbii – to trzeba lubić. Jeżeli tak jak ja, wolicie podróżować i zwiedzać nowocześniejsze miejsca – wasze opinie na pewno będą zbliżone. Trzymam kciuki aby Serbia, podobnie jak Polska ruszyła się do przodu bo ma potencjał. Może po przyjęciu do Unii Europejskiej (nie wiadomo czy i kiedy się to wydarzy) obudzi się i bardziej swój potencjał wykorzysta.

Sam WordCamp Europe uważam za udany. O nim więcej słów pojawi się na Pandify.pl 🙂